Tradycja i rzemiosło '
Antoni Bartosz
Czas czytania ok. 16 minut

Światło ze skarbca

Tradycja i rzemiosło połączone w jednym zagadnieniu? To może dziwić. Czy rzemieślnicy, mistrzowie w kształtowaniu materii, mogą wpływać na kształt zwyczajów? Współtworzyć symboliczny wymiar życia społeczności?

 

A przecież dzieje Krakowa właśnie to poświadczają. Nie komu innemu, jak murarzowi Michałowi Ezenekierowi zawdzięcza Kraków wzór szopki krakowskiej, która stała się jednym z symboli miasta. Nie kto inny, jak właśnie rękodzielnicy gwarantowali w oczach artystów z Warsztatów Krakowskich mistrzostwo wykonania. I mieli rację, bo także im Warsztaty zawdzięczają tryumfy na wystawie światowej w Paryżu w 1925 roku. Również rzemieślnicy wciągali w swoją orbitę ludzi sztuki, jak czynił to np. Robert Jahoda, wybitny introligator, dla którego pracowali Mehoffer, Wyspiański, Malczewski… Przykłady można by mnożyć.

W Krakowie tradycje i rzemiosła cechowała zatem wzajemność. Dziś nie straciła ona inspiracyjnej siły, choć Kraków ma tu do odrobienia pilne lekcje. Nade wszystko to sfera, do której kluczem była i pozostaje pasja mieszkańców – miłośników zakochanych po uszy w swoim mieście. Bez tego nie sposób zrozumieć mocy krakowskich rytuałów – tych korowodów, inscenizacji, kiermaszy, języka, gestów niepozornych, lecz w istocie budujących klimat miejsca.

 

O tym wszystkim będzie ten tekst. Będzie też o pytaniach, które każda tradycja stawia nowoczesności. Bo cóż znaczy pielęgnować tradycje? Powtarzać je? Przemieniać? A może, w przypadku Krakowa, najpierw wgłębić się w tę niełatwo uchwytną aurę, którą tworzą tajemne sploty historii, urbanistyki, kultury, zwyczajów…

Ożywcze Gesty

Miasto to organizm. Tworzą go przestrzeń, więzi społeczne, sposób, w jaki miasto czerpie ze skarbca symboli – legend, przekazów, postaw, praktyk, całej tej mądrości w oswajaniu świata, która rodziła się właśnie tu.

 

Kraków swój skarbiec ma wyjątkowy. Wyjątkowa jest i odpowiedzialność za jego przechowanie, a bardziej jeszcze – za poszukiwanie ukrytych w nim sensów. „Jak stać się nowoczesnym, wracając do źródeł?” (Paul Ricoeur). Dla Krakowa jest to pytanie egzystencjalne.

 

Wśród inspirujących intuicji wybieram bez wahania dwa zjawiska – szopkarzy i Warsztaty Krakowskie.

Intuicja Ezenekiera

„Stary Michał to weteran szopkowy. […] On to sam obmyśla, te bogate wieże, kopuły, krużganki zdobiące szopkę krakowską na wzór Wawelu lub wieży Maryackiej…” – pisali Tadeusz i Stanisław Estreicherowie w 1904 roku. A pisali o Michale Ezenekierze, mistrzu murarskim i kaflarzu z nieodległej Krowodrzy (dzisiaj dzielnicy Krakowa). I dodawali: „Michał od lat czterdziestu, bo od roku 1864 chadza zimą co roku z szopką po Krakowie”. W roku 1864 Michał miał 10 lat i chodził zapewne z szopką w kształcie tradycyjnej stajenki. Później jednak „obmyślił” szopkę nową, w której Betlejem wpisuje się w serce Krakowa. Szczęśliwie, w Muzeum Etnograficznym w Krakowie możemy dziś zobaczyć z bliska jedną z tych Ezenekierowskich szopek, datowaną na lata 90. XIX wieku. Skądinąd jest to najstarsza zachowana szopka krakowska, zwaną też „szopką matką”. Dwuipółmetrowa konstrukcja o mistrzowskiej architekturze. Zaskakuje nas może dzisiaj jej przeznaczenie – ten misterny budyneczek był przede wszystkim sceną, a role aktorskie odgrywały tu kukiełki. Jedne przywołują postaci z Biblii, drugie z historii Polski, inne – mieszkańców Krakowa. Głosu użyczali im szopkarze, którzy z ukrycia także nimi poruszali. Szopkarze, zazwyczaj „murarczycy”, którzy chodząc z szopką dorabiali zimą, ustawiali się w Rynku na linii A–B, czekając, aż kto ich zaprosi. Tak właśnie trafili do Estreicherów…

 

Czy Ezenekier sam tworzył te fantazyjne dzieła oraz „aktorskie” kukiełki? Choć Estreicherowie przypisują mu główną sprawczość, przypuszcza się, że nie był sam i że szopki robił pospołu z synem Leonem, a także z udziałem żony Leona oraz jego dwóch sióstr. W ten sposób powstał interesujący kod szopki: Betlejem z wyrazistym krakowskim adresem, zarazem scena współczesnego życia miasta na wielu planach, wreszcie przynależący do dwóch pokoleń mężczyźni i kobiety, którzy szopki wykonywali. Czy nie w tym właśnie połączeniu kryje się sekret szopki krakowskiej i jej żywotności? Gest Ezenekiera zrodził wszak wzór całkowicie otwarty. Z jednej strony sankcjonuje on wyjście poza tradycyjną formułę (tu franciszkańską stajenkę), buduje interesującą grę zarówno z symboliką miasta (architektura), jak i z procesami, które w nim zachodzą (teatr współczesności), a z drugiej – zachęca do nowych interpretacji!

 

Szansę tę dobrze zrozumiał Jerzy Dobrzycki, który po okresie kryzysu szopki krakowskiej zaproponował w 1937 roku jej coroczny konkurs, za punkt wyjścia mając szopkę Ezenekiera. (Konkurs prowadzi dziś Muzeum Krakowa). I tak co roku w swoich mieszkaniach/pracowniach przez długie miesiące szopkarskie rody, jak i autorzy nowi, wszyscy zaś wykonujący przeróżne zawody, „obmyślają” własną szopkę. Niekiedy jest ona radykalnie odmienna od szopki Ezenekiera, choć do niej przecież się odnoszą. Na przykład Piotr Michalczyk w 2011 roku w miejscu dwóch wież mariackich wkomponował biurowiec przy rondzie Grzegórzeckim oraz nieukończony wówczas Unity Tower (tzw. „szkieletor”) przy rondzie Mogilskim z ironicznym sztafażem reklam. Stworzył też nowych aktorów i nowe role w kontekście współczesnych zwyczajów bożonarodzeniowych. Bo – i to także się nie zmieniło – szopkarze „obmyślają” co roku własne postaci do teatru, który oddaje rytmy miasta, kraju, świata.

 

Swoje widzenie Krakowa szopkarze prezentują na Rynku na stopniach pomnika Adama Mickiewicza w pierwszy czwartek grudnia. Powstaje wówczas wyjątkowy w świecie spektakl. Po czym w samo południe przy dźwiękach hejnału, biorąc na świadków wieże bazyliki Mariackiej oraz licznych widzów, szopkarze tworzą barwny korowód zdążający do Pałacu Krzysztofory, głównej siedziby Muzeum Krakowa, na obrady jury (daleko nie mają).

 

Fundamentalne jest tu nieustające oddziaływanie gestu Ezenekiera, jak i wyczucie, jakim wykazali się włodarze miasta w odpowiednim momencie. Nic zatem dziwnego, że krakowska tradycja szopkarska trafiła w roku 2018 na Reprezentatywną Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Co roku w Muzeum Krakowa odbywa się pokaz szopek konkursowych, a od niedawna Kraków eksponuje je także w przestrzeni miasta.

Intuicja Warsztatów Krakowskich

„Sztuka przenikająca życie od dołu do góry […], sztuka zawsze i wszędzie”. W taki sposób Jerzy Warchałowski, teoretyk i praktyk ruchu nazwanego Polską Sztuką Stosowaną, a potem Warsztatów Krakowskich, wyrażał w 1904 roku radykalne aspiracje tychże środowisk. Dowodem na to, że sztuka może wiązać się z każdym przejawem życia był – działający w tym samym czasie co Warchałowski – Stanisław Wyspiański.

 

Tu interesuje nas przede wszystkim sprawcza siła tych ruchów, w szczególności Warsztatów Krakowskich, które zawiązały się w 1913 roku i na 13 lat stały się laboratorium wzornictwa przemysłowego. Powstała grupa spółdzielcza artystów, rzemieślników oraz młodzieży z podkrakowskich wsi. Słowo „warsztaty” oznaczało tu „symbol ruchu, zaprzeczenie wszelkiej stabilności, wciąż żywy, przez człowieka świadomego uruchamiany mechanizm” (Irena Huml). Chodziło zaś o projektowanie oraz wykonywanie „rzeczy pięknych i pożytecznych”, bowiem w Warsztatach Krakowskich płodna wyobraźnia szła w parze z mistrzowską realizacją. Bonawentura Lenart, jedna z osobowości Warsztatów, „znakomity fachowiec w dziedzinie papieru, czcionki, liternictwa i budowy książki, który własnym wysiłkiem od chłopca introligatorskiego i czeladnika na mocy ówczesnych praw cechowych przewędrował i przestudiował wszystkie najznakomitsze warsztaty pracy introligatorskiej Europy, był dla nas wzorem artysty-rzemieślnika w najlepszym tego słowa znaczeniu” (Wojciech Jastrzębowski).

 

Owo zespolenie wizji artystycznych, umiejętności rękodzielniczych oraz śmiałości wyobraźni żywiącej się kulturą „stąd” nadaje Warsztatom rys pionierski. Sam zwrot ku rodzimości wynikał z szacunku Warsztatów dla twórców niezależnych, szczególnie chłopskich (tak!) – dla ich wyczucia materii połączonego z niepodrabialną inwencją. Nic dziwnego, że Warsztaty odważyły się pójść drogą Antoniego Buszka, autora genialnej metody nauczania plastycznego.

 

Po interesujących doświadczeniach paryskich zjawił się on w Krakowie akurat wtedy, kiedy Warsztaty startowały. Sposób pracy, jaki zaproponował, doceniono później nagrodą Grand Prix na wystawie światowej w Paryżu w 1925 roku.

 

Otóż Buszek umiał znakomicie pobudzić w dzieciach i nastolatkach talent twórczy. Zaczął od napotkanych przed bramą cygarfabryki przy ul. Dolnych Młynów robotnic z okolicznych wiosek. Przekonał je, że zarobią lepiej i w ciekawszy sposób w Warsztatach Krakowskich, ulokowanych przy ul. Smoleńsk. Po pierwszych wprawkach poprosił je, by rysowały i malowały jak w dzieciństwie. Wkrótce zaczęły tworzyć fantazyjne wzory do batików, tkanin, zabawek w drewnie, współpracując z takimi artystami jak Zygmunt Lorec czy Zofia Stryjeńska. Tak swój talent odkryły między innymi Józefa i Zofia Kogut oraz Felicja Kossowska. Wszystkie zgarnęły indywidualne Grand Prix w dziale tkanin na wspomnianej wystawie w Paryżu. (Nie miejsce tu, by przytoczyć pełną listę nagród, jakie Warsztaty tam otrzymały. Dość powiedzieć, że liczba samych Grand Prix sięgnęła 20 na 36 uzyskanych przez Polskę).

 

Warsztaty Krakowskie nie zaistniałyby bez gościny Muzeum Techniczno-Przemysłowego (MTP) na ul. Smoleńsk 9, od którego otrzymały do dyspozycji zaplecze techniczne (warsztat tkacki, batikarski, farbiarski, pracownie metalu, stolarnię, introligatornię, drukarnię). Śladem tej współpracy są interesujące realizacje, których wizytówką pozostaje balustrada klatki schodowej projektu Józefa Czajkowskiego. Dziś w miejscu MTP pracuje Akademia Sztuk Pięknych z wydziałem Form Przemysłowych. Za to na frontonie, który także wymyślił Czajkowski, wciąż widnieje napis skomponowany charakterystyczną czcionką: „Miejskie Muzeum Techniczno-Przemysłowe. Instytut Popierania Przemysłu i Rękodzieł”.

 

Kryzys ekonomiczny przerwał eksperyment. Warsztaty zamknięto w 1926 roku. Nie zmienia to podstawowego faktu, że gest Warsztatów Krakowskich pozostaje gestem wizjonerskim, w którym współdziała wiele sfer – dziedzictwo, edukacja, wzornictwo, rzemiosło, nowoczesność. Więcej – ożywczy duch Warsztatów Krakowskich zrodził się wbrew wcześniejszym kataklizmom i upadkom miasta. Potrafił też oprzeć się pokusie prostego przenoszenia wzorów z kultury zwanej ludową. Przeciwnie – „Twórzmy swobodnie, nie oglądając się na kategorie i pojęcia, słuchając tylko i jedynie swoich najgłębszych upodobań” – postulował Czajkowski. I tak się stało.

 

W sto lat później w Krakowie co raz powraca tamta myśl o „rzeczach pięknych i pożytecznych”, o „sztuce przenikającej życie w jego codzienności”. Prace w tym duchu, przy współudziale właśnie projektantów, rzemieślników i środowisk lokalnych, podejmuje krakowskie Muzeum Etnograficzne, poszukując dla przestrzeni publicznych rozwiązań inspirowanych duchem miejsca. Coraz głośniej także o powołaniu w Krakowie muzeum dizajnu. Jeszcze inną ciekawą interpretację kodu Warsztatów proponuje Jerzy Hausner z Akademii Ekonomicznej w Krakowie pod hasłem „Firmy Idei”, czyli przedsiębiorczości nastawionej na wartość. Eksplorują ją krakowskie kongresy Open Eyes Economy Summit.

 

Czy gest Warsztatów Krakowskich zostanie dziś w Krakowie realnie podjęty?

To samo nie tak samo

„Te rzeczy nigdy się nie zdarzyły, ale są zawsze”. Tak grecki filozof Salustios wyjaśniał siłę opowieści, poprzez które człowiek oswaja świat. Te krakowskie tworzą tygiel legend, zmarłych, świętości, rocznic, anegdot. Tu horyzont wyznaczają kopce – Kraka, Wandy, Kościuszki, Piłsudskiego. Pierwsi wyłaniają się z podań, drudzy z dziejów. Także Wawel, wzgórze nad wzgórzami, moc swoją czerpie i z legendy, i z historii.

 

Swe opowieści Kraków odgrywa sumiennie, poszukując zarazem nowych formuł. A kto szuka – raz chybia, raz trafia.

Świadomość i spektakl

Porównajmy dwa smocze widowiska na święto miasta u początku czerwca. W czasie pierwszego, wieczornego, nad nurtem Wisły w krzyżowym ogniu laserowych świateł przy patetycznej muzyce unoszą się nadmuchane smutne gady, bezwolne na powietrznym wybiegu. Czy ktoś tu jeszcze pamięta szewca Skubę? W czasie drugiego – Parady Smoków – wybrzmiewa za to nuta autentyczności. Angażują się tu dzieci z tatami, kombinują wspólnie przy konstrukcjach o niewyobrażalnych (patrząc od dołu) gabarytach. Maszerują potem dumnie w barwnym i głośnym korowodzie. Dwie odmiany tego samego tematu.

 

Ciekawą metamorfozę przechodzi motyw wianków (przybyłych skądinąd z Warszawy) związany tradycyjnie z wróżbami na wodzie. Od niedawna uwolnił się od pokazowego stylu i, przemieniony w muzykę, powędrował w miasto!

Jeszcze ciekawszą ewolucję widać na Rękawce (źródła tej nazwy są sporne). Charakter tego obyczaju, obchodzonego w wtorek po Wielkanocy, dobrze oddaje formuła Andrzeja Nowaka: „Prapogańskie zabawowe sacrum miejsca i obyczaju. Łagodna presja tradycji…”. Sacrum miejsca, bo rozgrywa się przy kopcu Kraka, legendarnego założyciela Krakowa. Prapogańskie, bo w tle jawi się obrzędowa stypa za zmarłych. Zabawa, bo w XIX wieku obyczaj przeradza się w festyn, podczas którego bogaci turlają po stoku orzechy, jajka, bułki, pierniki, za którymi ugania się biedota (jak w stypie powraca motyw żywności). Dziś Rękawka w imię „powrotu do korzeni” zaprasza na pokaz walk i życia z wczesnego średniowiecza, ale podaje też tematy współczesne w języku epoki, jak na przykład leczenie chorób. („Możemy zasięgnąć rady u »Wiedzących« – wiedźmy, alchemika i zielarki”). Spotkamy więc na Rękawce wojów, szamanki, starodawne zawody i inne postaci z prastarych czasów.

Pogrzeby, korowody, spacery

Wiek XIX uczynił z Krakowa narodową nekropolię. Może dlatego pogrzeby celebruje się tu dostojnie. Choć Iwaszkiewicz – autor słynnej frazy „Jaki miły ten Kraków. Sami nieboszczycy” – zdaje się bardziej zafascynowany tym, jak bardzo duch Krakowa jest dłużnikiem swoich osobowości także po ich odejściu.

 

Kraków uwielbia korowody, procesje, parady. Ich szyk bywał i bywa tu kwestią fundamentalną. (Reguł procesji św. Stanisława pilnował tu kiedyś sam rektor Alma Mater, jako że bractwa zbyt zaciekły toczyły o to spór. Bractwa krakowskie to osobny temat, dość przywołać Arcybractwo Męki Pańskiej czy Bractwo Kurkowe). Dziś procesja św. Stanisława (niedziela po 8 maja) stanowi niezmiennie wydarzenie, wkrótce potem procesja na Boże Ciało, w tydzień później pochód Lajkonika – postaci brodatego jeźdźca tatarskiego w bogatych szatach (przywołuje on opowieść o bohaterstwie flisaków, zwanych włóczkami, którzy właśnie w oktawę Bożego Ciała powstrzymali najazd Tatarów). Początek lata zaznaczy muzyczno-taneczny pochód ulicą Floriańską w Niedzielę Nowoorleańską (Summer Jazz Festival Kraków gości w mieście od 1996 roku). We wrześniu przejdzie tędy marsz jamników. W grudniu w Rynku barwami mieni się korowód szopkarzy. Wkrótce (znowu Floriańską!) podąży orszak kolędników, a na 6 stycznia z trzech stron miasta pojawią się Trzej Królowie (tę tradycję wymyślono nie tak dawno w Warszawie, a Kraków rzecz jasna chętnie ją przyjął).

W Krakowie rytuałem jest sam spacer. Dla spacerów wymyślono Planty, salon spotkań pośród ławeczek i drzew. Kraków zresztą ma szczęście do zieleni. W środku miasta królują Błonia (blisko 50 ha), na które przyjeżdża się nawet z dalszych okolic. Nie brakuje też w mieście parków. Wzywają kopiec Kościuszki, Lasek Wolski, dziś także Tyniec. Odkąd miasto zwróciło się na nowo ku Wiśle, kuszą przechadzki wzdłuż bulwarów z widokiem na urbanistyczne metamorfozy miasta. Równie mocne walory zieleni posiada Nowa Huta (a może nawet jest w zieleń bogatsza?). Jak wszędzie w Polsce, w Krakowie wizytujemy betlejemskie szopki oraz groby Pańskie. Za to jedna z wypraw świątecznych jest bardzo tutejsza: ta na Zwierzyniec, na odpust w Poniedziałek Wielkanocny. „Co tak nieskoro idziesz na Emaus?” – dziwiono się kiedyś rytualnie. Wtedy z daleka już słychać było gwar, katarynki z papugą, strzały z korkowców, a kramy obfitowały w drewniane siekierki, drzewka życia, dzwonki na szczęście. Dziś natrafimy na nadmiar kiczu. Ale z prawdziwie odpustowych słodyczy wciąż znajdziemy miodek turecki (w listopadzie pojawi się też przy cmentarzach na Wszystkich Świętych). Dlaczego Emaus i dziś przyciąga? Może zwyczajnie jak kiedyś – potrzebujemy „wyjść poza”, zanurzyć się w świąteczny gwar, poczuć ożywczą energię?

Osobnym teatrem są krakowskie kiermasze. Dziś symbolika lokalna zmaga się tu z najazdem motywów globalnych, a starcie jest coraz bardziej nierówne.

 

Duża jest też dynamika kulturowych procesów. Nie tak dawno temu na targach wielkanocnych uderzyły mnie przeskalowane pisanki z nadrukami sielskich pejzaży. Przekaz ten miał charakter poniekąd oficjalny, gdyż pisanki reprezentowały różne regiony Europy Środkowej (obecnie targi mają wymiar międzynarodowy). Co się zmieniło? Symbolikę pisankowych wzorów wyrażających siłę życia, całą tę oddolną sztukę porządkującą świat na przekór śmierci, zastąpiła dosłowność tęsknoty za rodzimością i przyrodą.

 

Za to targi bożonarodzeniowe zyskują powoli wymiar święta (CNN zalicza je do 10 najpiękniejszych w Europie). Nowym zwyczajem jest uroczyste ich otwarcie przez zaświecenie choinki na Rynku. Gest ten, powściągliwie niekomercyjny, wykonywany na początek grudnia, nie listopada, przywraca na chwilę symboliczny wymiar światła w tym niezwykłym okresie. Zaś fakt, że na świątecznej scenie grają w przedstawieniach także uczniowie szkół rzemieślniczych, pozwala myśleć, że Kraków realnie poszukuje w swej tradycji żywotnych impulsów.

Co nam dziś mówią legendy?

Ciekawy jest szewc Skuba z podania o wawelskim smoku. Inspiruje spryt, jakim się wykazał w walce z mocami złego. Lecz jeszcze ciekawszy wydaje się hejnalista, który ostrzegł Kraków przed skradającymi się w porannej mgle Tatarami, a potem zagrzewał mieszkańców do walki. Padł przeszyty strzałą, dlatego hejnał, grany dziś co godzinę z wieży kościoła Mariackiego (zwanej hejnalicą), urywa się nagle niedokończony. Jest w tym podaniu oddanie dla sprawy wspólnej, bystrość wzroku (dosłownie i w przenośni), jest i żarliwość (strażak mógł odpuścić swój trud, kiedy miasto już zebrało się do obrony). Jest wreszcie dramatyzm samego dźwięku – genialnie prosty, a poruszający.

Kamyczki węgielne

Wciąż żywotne są drobne rytuały. Na przykład, by mieć pewność zdania matury, obskocz po studniówce (bladym świtem) pomnik Mickiewicza. Na jednej nodze. Na okrążenie przypada jeden przedmiot. Będąc przy wieszczu, musimy przywołać kwiaciarki, które co roku na imieniny (24 grudnia) obdarowują poetę kwiatami.

 

Gdyby udać się z Rynku gdzieś dalej, na przykład do kościoła św. Katarzyny na Kazimierzu, a uczynić tak 22. dnia każdego miesiąca, napotkamy tam ludzi z różami. Niosą je dla Świętej Rity. Co z tego, że nie pochodziła z Krakowa, nie była nawet Polką. Wystarczy, że była mocną kobietą. Róże są więc gestem podziwu dla niej, zarazem wspierają przedstawiane jej prośby.

 

Krążąc po Starym Mieście, wciąż można trafić na rzemieślników. I tak na Smoleńsk znajdziecie szewca, który robi buty na obstalunek metodą tradycyjną. Zdziwicie się, że młody. A jak fantastycznie o swym fachu mówi! Gdyby tylko mógł patrzeć na świat nie przez piwniczne okienko… Liczne są tego świadectwa. Tu wymieńmy jedynie miniatury z Kodeksu Baltazara Behema, baszty bronione przez rzemieślnicze cechy, których istnienie przywołują dziś płyty na Plantach wstawione w ich lokalizacjach (bardzo pouczający to spacer już z racji samych nazw zawodów – iglarzy, pasamoników, kurdybanników, łaziebników, ceklarzy…), czy późniejsza siedziba Izby Przemysłowo-Handlowej w Domu pod Globusem, ul. Długa 1, ze słynną salą Mehoffera.

Dziś tu i ówdzie w centrum działają wciąż zakłady z długą tradycją – Voigta na Floriańskiej i Kowalczyka na Zwierzynieckiej (optycy), Turbasy na Świętej Gertrudy (krawiec), Płonki na Szewskiej i Strojnego na Sławkowskiej (zegarmistrze), Lenarta na Sławkowskiej (naprawa obuwia), Świerblewskiego na Świętego Krzyża (szklarz), Kielana na Mostowej (tapicer), Pawlikowskiego na Krowoderskiej i Kurkowskiego przy pl. Wolnica (lutnicy). Funkcjonują i pracownie młodsze (wśród których szewcy zdają się najliczniejsi). Świetną robotę wykonuje Stowarzyszenie Dobre Cechy. Uświadamia nam istnienie miejsc, w których rękodzielnicy nie odpuszczają (dobrecechy.pl). Jednak współcześnie sam temat jest ogromny i pilny. Począwszy od języka. Bo czy termin „ginące zawody” oddaje sprawiedliwość umiejętnościom, które są zawodami nie tylko współczesnymi, ale wręcz zawodami przyszłości? Przesyt globalizacją rodzi tęsknotę za oryginalnością, za ludzkim wymiarem rzeczy. Wyrażają to oddolnie tworzone pisma, sieci społecznościowe, portale, na przykład rzemioslo2zero.pl akcentujący wagę wspólnego projektowania.

Czy odzyskamy to coś, co zagubiliśmy w pędzie transformacji? Jak dzisiejszą sytuację w mieście oceniłyby Warsztaty Krakowskie?

Klimat Krakowa to wreszcie rytm życia, fonosfera, światło. W tym względzie wszystko już powiedziano, zatem tylko dla porządku słów kilka. Jest więc prawdą, że Kraków lubi przesiewać czas, a hejnał co godzinę tylko go w tym upewnia. Cóż powiedzieć o biciu Zygmunta z katedry wawelskiej, co od pierwszego dzwonienia 13 lipca 1521 roku po dziś dzień poruszany jest ręcznie? Które miasto może poszczycić się 30 dzwonnikami do jednego dzwonu? Zygmunt dzwoni przejmująco – z głębi, mocarnie, z powagą. Może dlatego, gdy dotkniesz jego serca lewą ręką, spełnią się twoje życzenia?

 

***

Kraków bardziej niż kiedykolwiek ryzykuje dziś kulturowym spłaszczeniem. Jak w soczewce widać to w Sukiennicach, gdzie na straganach jajo Fabergé skutecznie wyparło wzory krakowskie. Bardzo więc potrzebuje Kraków sięgania do swojego skarbca, a bardziej jeszcze ludzi gotowych zeń czerpać, jak uczynił to kiedyś Ezenekier, jak odważyli się uczynić członkowie Warsztatów Krakowskich – ludzie z mocną, świadomą relacją do miejsca.

 

Zadbał już Kraków o wiele. Obrał kierunek na dbałość o estetykę przestrzeni (parki kulturowe), w tym także przestrzeni zielonej. Ma na koncie znakomite współczesne interpretacje, które ukazują siłę jego dziedzictwa – Mangghę i Cricotekę.

 

Czas jednak na nową wyobraźnię miasta, na pamięć wizjonerską. Ta zaś tworzy miasto nowoczesne, wciąż eksplorując „niezbadany związek z miejscem i umarłymi, którzy tam zostali pochowani” (Tomasz Różycki).

Antoni Bartosz

Mediewista, doktor nauk humanistycznych Uniwersytetu Paris IV na Sorbonie, literaturoznawca, tłumacz. Od 2008 roku dyrektor Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Etnografię rozumie jako uważne spojrzenie na codzienność oraz myślenie o człowieku wolne od schematów. Ceni rozmowę, góry, lekturę. W piłce nożnej podziwia podanie na dobieg.

Powrót do początku artykułu

Może Cię również zainteresować

img img

Zapisz się do newslettera Co zyskujesz?

Ta witryna używa plików cookies, by korzystanie z niej przebiegało bez problemów. Pozostając na niej wyrażasz zgodę na zapisywanie ciasteczek na Twoim urządzeniu. Możesz cofnąć zgodę zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Dowiedz się więcej o naszej Polityce cookies.