Muzea '
Łucja Piekarska
Czas czytania ok. 19 minut

Muzea Krakowa:
od przedmiotów do znaczeń

Prawdopodobnie najważniejsza materia, z jakiej zbudowany jest Kraków, to czas. Zarówno moment, który właśnie się wydarza, jak i długie trwanie, które tworzy znaczący kontekst dla obecnej chwili; w równym stopniu potoczność i mityczny bezczas; niezmienność i tymczasowość. Z czasem nierozerwalnie wiąże się pamięć, której naturalną domeną w sferze publicznej jest dziedzictwo. I Kraków jest z całą pewnością miejscem, gdzie jest ono istotne, a muzea odgrywają w nim pierwszoplanową rolę – w nich można doświadczyć wielowymiarowości czasu, a także podjąć próbę nadania mu własnej miary.

Niezwykła różnorodność krakowskich muzeów może być dowodem na to, jak miasto – także poprzez czas – kształtuje własną tożsamość, opowiadając o sobie poprzez kolekcje i wystawy. Wraz z Muzeum Archeologicznym umiejscawia się w czasach przed historią, zachęcając jednocześnie do nawiązania relacji z czasem zaprzeszłym. Z drugiej strony Muzeum Fotografii proponuje refleksję nad momentem: przeżywanym, właściwym, uchwyconym – pytając o to, czym jest chwila. Muzeum Etnograficzne przypomina znów o rytmach czasu, takich, które im bardziej odwieczne, tym bardziej zdają się być zapomniane. Mityczny bezczas symboli odnajdziemy w licznych muzeach sztuki, a czas lokalny, odmierzany zarówno względem przyrody, jak i postępu czy pojedynczych biografii mieszkańców, znaleźć można w różnych formach w mniejszych oddziałach muzeów – na przykład w Podgórzu czy Nowej Hucie.

Poprzez swoje muzea miasto chce opowiadać historie wspólne, ale także wzmacniać unikalne spojrzenia. W MOCAK-u i Bunkrze Sztuki, a także w krakowskich galeriach odkryjemy różnorodność spojrzeń i form wyrazu. Mamy muzea oddane opowiadaniu o konkretnych o miejscach i takie, które prezentują tematy nieoczywiste: techniczne, przyrodnicze i naukowe. Nasze zbiory obejmują kolekcje historycznych tramwajów, samoloty, szkielety prehistorycznych zwierząt i kurioza, z których najbardziej znany jest prawdopodobnie kołtun („plica polonica”). Dlaczego jesteśmy przekonani, że te rzeczy są znaczące?

Mamy w Krakowie szczególną, wyjątkowo silną więź z przeszłością. Stanowi ona dla nas ważną, wciąż braną pod uwagę rzeczywistość, a nie tylko coś nieistotnego, co już minęło, więc straciło rację bytu. Dla Krakowa przeszłość jest ważną częścią naszej aktualnej racji bytu. Widać ją na każdym kroku, w naszych zabytkach i muzeach: na szczęście jej ślady są nie tylko ze starannością przechowywane, ale także pozostają źródłem inspiracji. Nasze muzea to przede wszystkim domena obecności, to przestrzeń, która nie tylko dokumentuje historię oficjalną, ale przede wszystkim udostępnia pamięć o ludziach. To trochę jak wspominanie dawnych sąsiadów, które potrafi wzbudzić radość, nawet jeśli się nie przyjaźniliśmy. Te opowieści, zakotwiczone o eksponaty, pozwalają nam wzmacniać poczucie przynależności do wspólnoty miejsca, wspólnoty, która przeszłość znacząco włącza w teraźniejszość. Dlatego poważnie staramy się traktować rozumienie dziedzictwa jako domeny wielogłosu (choć niekoniecznie polifonii), interpretacji i uczestnictwa.

Jesteśmy Kraków!

Muzeum Krakowa na otwarcie nowego rozdziału działalności (po zmianie nazwy) zaproponowało hasło „Jestem Kraków”, które nie tylko skrótowo określa jego misję, ale także dobrze podsumowuje ciągłość, jaką chcemy czuć z naszą przeszłością – to zachęta do przejrzenia się w jednym z umieszczonych w mieście zwierciadeł i odnalezienia tam siebie.

 

Krakowskie muzea dostarczają sposobów na zrozumienie wyjątkowości i specyfiki miasta, odsyłając poprzez swoje obiekty i kolekcje do jego znaczących miejsc czy wydarzeń. Pomagają zrozumieć proces cywilizacyjny, w którym Kraków odegrał rolę sceny i zbiorowego aktora.

 

O ile o europejskości miasta można przekonać się – między innymi – w podziemnej ekspozycji Muzeum Krakowa na Rynku Głównym, gdzie zwiedzający dosłownie wkraczają w przestrzeń sprzed wieków, to Muzeum Inżynierii Miejskiej opowiada o innej, co najmniej równie ważnej jego stronie. Na ekspozycji, która pokazuje zmiany wywołane przez technologie, zwiedzający ze zdumieniem odkrywają niewidzialne życie Krakowa. Tramwaje, wodociągi, elektryfikacja, ciepła woda… wszystkie te elementy miejskości nabierają znaczenia, gdy odniesie się je do rzeczywistych przeżyć ludzi, a także ewolucji, jaką wciąż przechodzi miasto. Na oczach publiczności abstrakcyjne pojęcia nabierają konkretnych kształtów, a zwiedzający zostają zaproszeni do angażujących doświadczeń, w których przedmioty i opowieści nawzajem się uzupełniają.

Intymność

Melancholia dziecka uchwycona w „chryzantemowym” portrecie Olgi Boznańskiej (do zobaczenia w Muzeum Narodowym w Krakowie) może być przykładem bezkompromisowej próby uchwycenia intymności emocji. Wzrok dziewczynki z tego obrazu nie pozwala już nigdy myśleć o dzieciństwie wyłącznie jako o czasie beztroski.

W „Szufladzie Szymborskiej” czeka na odkrycie wszechświat złożony z drobnostek, z których umiłowania słynęła noblistka włączająca je w swoje wiersze tak niepostrzeżenie, że potoczność zyskiwała w nich doniosłość eposu – bo przecież również na co dzień „nic dwa razy się nie zdarza”.

Ta mało pomnikowa forma upamiętnienia zaprasza zwłaszcza tych, którzy są gotowi zmierzyć się z tym, co proste i bliskie (choć wcale nie mniej ważne). Szuflada może inspirować, choć nie próbuje udzielać definitywnych odpowiedzi na pytanie, dlaczego Szymborska, jedna z mieszkanek naszego miasta, była świetną poetką.

 

Ludzie i ich historie stanowią tak naprawdę najważniejszą część naszego dziedzictwa, a ich twarze pozostają z nami na długo po wizycie w muzeum.

Pytania

Wiele krakowskich muzeów nie boi się stawiania trudnych pytań, nawet (a może szczególnie) tam, gdzie nie da się udzielić jednoznacznych odpowiedzi. Krakowskie Muzeum Etnograficzne uparcie pyta o to, czym właściwie jest kultura ludowa, kto ją tworzy, komu jest dziś potrzebna. Pozostawiając ostateczne rozstrzygnięcia zwiedzającym, zderza ich z prawdziwymi paradoksami muzealnictwa: w gmachu głównym (dawnym ratuszu Kazimierza) oglądać można zaaranżowane wnętrza tradycyjnych domostw, które same w sobie zasługują na zastanowienie – a do refleksji tym bardziej skłania pomysł wyeksponowania ich w tym miejscu.

Jednak muzeum nie pozostawia widzów osamotnionych: we wciąż odnawianych salach ekspozycji głównej dostrzegamy kolejne zmiany. Tutaj wystawa stała z pewnością stała nie jest. W sali opowiadającej o obrzędach wiosennych mierzymy się nie tylko z tradycjami, ale przede wszystkim z wielkim i zasadniczym pojęciem czasu.

 

Nawyk stawiania istotnych pytań kończy z pewnym banałem, z jakim można powiązać tradycyjne, dydaktyczne muzealnictwo, w którym opowieść o przeszłości nie skłania do refleksji.

Bibelot

Jedno o Krakowie można powiedzieć z pewnością: mamy czas. Przeszły, przyszły, stracony, odnaleziony, wyznaczany rytmem świąt, codzienny… Trudno się dziwić, że i nim zajmują się nasze muzea.

 

Zupełnie inaczej niż poprzez zbiory etnograficzne, choć równie przejmująco opowiadają o czasie kolekcje przedmiotów składających się na krakowski dom mieszczański. W Kamienicy Hipolitów zwiedzający mają wybór: potraktować kolekcję przedmiotów jako zbiór anachronicznych pamiątek przeszłości albo poszukać w nim głębszego sensu.

Zegary wyznaczały upływ czasu tym samym rytmem co dziś, podobnie jak dziś cenione były wygodne łóżka… ale o czym i jak się rozmawiało? Jak, z biegiem lat, z biegiem dni, zmieniały się mody? Na co mogły sobie pozwolić panny z bogatego domu? Niezwykłe, choć łatwe do przeoczenia są kolekcje bibelotów, czyli rzeczy drobnych, których posiadanie ma dać przyjemność, ale nie muszą się do niczego przydawać. A więc co może być takim przedmiotem? Co można (było) dać w prezencie narzeczonemu? Babci? Co warto było „mieć pod ręką”, a na czym „zawiesić oko”?

Prawda

Zarówno wszystkie kolekcje, jak i cała krakowska historia są podszyte opowieściami ludzi: zwykłych i tych powszechnie uznanych za wielkich. Dobrego przykładu na to, jak inspirująca może być ich obecność, dostarcza Pawilon Józefa Czapskiego, w którym – między innymi – zrekonstruowano paryski pokój tego malarza i intelektualisty.

Pomysł, za którym stoją Krystyna Zachwatowicz i Andrzej Wajda, może wydawać się ekscentryczny: dla jego realizacji sprowadzono autentyczne wnętrze. Można jednak potraktować go jako jeden z wariantów refleksji nad obecnością: ludzi, którzy odeszli, i ich idei, wrażliwości czy spojrzenia.

Czapski – którego biografia urzeka (był arystokratą, wygnańcem, artystą), bo tak zwana wielka historia opowiada się świetnie poprzez jego pasje i wybory, dramaty i radości – niezwykle poważnie traktował swoją pracę. Jednym z jej wymiarów było świadome patrzenie, a wizyta w Pawilonie Czapskiego jest okazją do treningu tej umiejętności. Wczytując się w udostępnione notatki Czapskiego w jego (częściowo rysowanych) pamiętnikach, kontemplując obrazy albo czytając jego myśli ujęte w esejach i książkach, warto prześledzić relację między rzeczywistością (prawdą), a jej odbiorem i ujęciem w formę. Tutaj jest to możliwe.

Kolekcja

Wydaje się, że różne spojrzenia na świat, a zwłaszcza konwencje, w jakich można je ująć przy pomocy sztuki, były jedną z ważniejszych motywacji stojących za powstaniem niezwykłej kolekcji stworzonej przez Feliksa „Mangghę” Jasieńskiego. Ten podróżnik i esteta, który zresztą wybrał Kraków na miejsce zamieszkania, jest w dużej mierze odpowiedzialny za modę na Orient, a zwłaszcza fascynację japońskimi drzeworytami, która zapanowała pod koniec dziewiętnastego wieku. Dziś w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha możemy oglądać część jego zbiorów. Jednak także i w tym wypadku spojrzenie na przedmioty nabiera sensu wtedy, gdy postawimy pytanie o ich znaczenie i wartość, a także o to, dlaczego znalazły się w tej szczególnej kolekcji. Precyzja wykonania samurajskich zbroi urzeka każdego, kto ma szansę zobaczyć je z bliska, czemu więc nie skorzystać z okazji? Rzecz w tym, że za każdym eksponatem stoi szereg istotnych powodów, aby je włączyć (lub nie) do kolekcji. Ona także, a nie tylko pojedyncze przedmioty, jest komunikatem, który warto odczytać.

Trzeba od razu dodać, że każdy przedmiot, który trafia do muzeum, traci swój pierwotny kontekst i zastosowanie. Staje się przede wszystkim czymś znaczącym, a nie praktycznym. Eksponaty pozostają nieme, gdy nie otoczy się ich opieką interpretacyjną – wykraczającą poza niezbędną opiekę konserwatorską, rzecz jasna. Zawsze jednak pozostaną tylko fragmentami przeszłości, dając nam impuls do rozwijania wyobraźni, ale nie obiecując całkowitego poznania. Dobrym przykładem fragmentów przeszłości uchwyconych i utrwalonych w obrazach jest bardzo ciekawa kolekcja MuFo, czyli Muzeum Fotografii w Krakowie. To kolejne świetne miejsce do ćwiczenia wyobraźni, ale także zachęta do stawiania pytań o wybory stojące za każdym zdjęciem. Dlaczego zostało zrobione? Co dzieje się poza kadrem? Dlaczego właśnie ten moment stał się momentem właściwym?

Wszystko już było

Dość dosłowny przykład ilustrujący naszą zawiłą relację z przeszłością można odnaleźć na stałej wystawie w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego. W prostym wideo rozmawiają ze sobą (dość zblazowani) artyści. Wymieniają nazwy różnych nurtów z historii sztuki, po to głównie, aby dojść do zasadniczego wniosku, że „wszystko już było”. Choć ten autoironiczny żarcik grupy Ładnie uznajemy za trafiony, w Krakowie bardzo często „było” oznacza „a więc jest”. Przeszłość wciąż bierze się tu pod uwagę, a nasze muzea są gotowe podejmować z nią grę, nawet za cenę utraty całkowitej powagi.

Cenimy to, że u nas naprawdę było (już) wszystko, ale i wiele może się (jeszcze) wydarzyć.

Kraków ma także ważną i trudną przeszłość, o której nie zapomina, choć tu dobrze byłoby móc powiedzieć, że „to już było i nigdy więcej nie powróci”. Trudno do tej przeszłości podejść z ironią (a więc osłabić nieco jej tragedie), a co więcej, w muzeach wymyka się ona nie-dosłownościom podręczników do historii. Trasa Pamięci, w której skład wchodzą oddziały Muzeum Krakowa: Ulica Pomorska, Apteka Pod Orłem i Fabryka Emalia Oskara Schindlera, realizuje misję rzetelnego zdania sprawy, a zwłaszcza zrelacjonowania wydarzeń, które całkowicie zmieniły miasto. Autentyczne napisy na ścianach dawnego więzienia przy Pomorskiej nie pozostawiają miejsca na żaden słowny komentarz. Do „Schindlera” garną się turyści, którzy kojarzą Kraków z oscarowym filmem Stevena Spielberga, aby poznać nieoczekiwane opowieści

wychodzące daleko poza jego fabułę: chcemy, aby to była opowieść o nas, o mieście czasów okupacji, bo to ono stanowi faktyczne ramy odniesienia dla niezwykłych losów postaci granej przez Liama Neesona. Dramatyczna historia krakowskiego getta, z którego ponad 9,5 tys. Żydów wywieziono do obozów zagłady, a więcej niż 1000 zamordowano podczas wysiedleń (według różnych szacunków), jest dziś upamiętniana nie tylko w Aptece Pod Orłem (do której jeszcze wrócimy), ale także przy pomocy tablic, które składają się na rozproszone muzeum miejsca.

Po tragedii Holokaustu, bez swoich żydowskich mieszkańców, Kraków nie był nigdy taki sam jak przed Zagładą. Tym bardziej warto szukać śladów ich obecności.

Interpretacja, czyli wszystko, co najważniejsze, dzieje się pomiędzy

Kraków rozmawia wciąż ze sobą poprzez eksponaty. Te cenne, choć często dość specyficzne przedmioty znaczące pozwalają na wspieranie interpretacji naszego dziedzictwa: rozgrywają się bowiem „pomiędzy”. To, co najciekawsze, stwarza się między dziełami a ich odbiorcami, między opisem i doświadczeniem, między wielką historią i ludzkimi przeżyciami, czyli dokładnie tak, jak głosi jedyne słowo umieszczone w instalacji w MOCAK-u, która stała się kultowym miejscem do robienia selfie.

 

Wielogłosowość przeszłości, coraz częściej doceniana w muzeach, pozwala spojrzeć na czas miniony jako na ważne źródło wiedzy o nas samych. A więc pomiędzy jakimi przedmiotami rozgrywają się znaczenia, które kształtują Kraków?

Między „Szałem” a zachwytem

Ci, którzy zagościli w oddziale krakowskiego Muzeum Narodowego w Sukiennicach, znają zapewne siłę obrazu Władysława Podkowińskiego, który w jednych budzi zachwyt, a w innych litość czy niesmak. Naga kobieta, koń, przepaść i wielki obraz to połączenie o dużej wyrazistości, a jego dynamika oddaje wielkie emocje. Warto zobaczyć „Szał uniesień”, nie tylko w ramach obowiązkowej edukacji artystycznej czy prac nad własnym poczuciem stylu. Malowidło stanowi jeden z najciekawszych elementów najważniejszej narodowej kolekcji sztuki, wyróżniając się jednak pośród innych dzieł będących symbolicznymi przedstawieniami polskiej mitologii narodowej. Sam autor potraktował swoje dzieło z prawdziwą pasją, przecinając je nożem podczas pierwszego, warszawskiego pokazu.

 

Dziewiętnasty wiek, który dla dużej części Europy był genialną epoką wynalazków, przez Polaków pamiętany jest jako czas, gdy rozwijający się duch narodowy nie miał oparcia w strukturach państwowych. Kolekcja narodowej sztuki miała współtworzyć mitologiczne ramy odniesienia, które pomogłyby w konstruowaniu i utrzymywaniu polskości. Studiowanie jej dzisiaj pozwala zrozumieć słynną polską romantyczność, fantazję czy skłonność do nieracjonalnych uniesień, ale też poznać słynne wydarzenia historyczne, do których wciąż się odwołujemy. Monumentalne przedstawienie męczeństwa chrześcijan („Pochodnie Nerona” Henryka Siemiradzkiego) może być dobrym przykładem tego, jak poprzez metaforę Polacy wyobrażali sobie rolę (i los) swojego narodu w świecie. Spektakle wielkiej historii, z których wiele miało miejsce w Krakowie (na przykład hołd pruski uwieczniony przez Jana Matejkę), do dziś mogą stanowić co najmniej impuls do refleksji, a dla wielu wciąż pozostają podstawą patriotyzmu. W obrazach z Sukiennic można odnaleźć także fascynację pejzażem – wieś przez wieki była traktowana jak esencja polskości – czy przejmującą intymność portretów. Ten zbiór dawnych obrazów zawiera wiele tematów uniwersalnych oddanych w proporcji odpowiedniej dla środkowoeuropejskiego miasta, które uważane było za duchową stolicę narodu.

 

Najsłynniejszym obrazem, który można oglądać w Krakowie, jest portret „Dama z gronostajem” pędzla Leonarda da Vinci. Udostępniany w bardzo atrakcyjnych przestrzeniach Muzeum Książąt Czartoryskich, nieodmiennie przyciąga rzesze tych, którzy chcieliby spojrzeć w oczy tajemniczej nieznajomej. Dzieło od zawsze skłaniało do zadawania pytań, ale także wprawiało w zachwyt.

 

Zachwyt właśnie, będący drugą stroną potrzeby odkrywania tego, co nieznane, można łatwo odnaleźć w niezwykłych kolekcjach dokumentujących ducha renesansu. Tak zwane gabinety osobliwości, czyli zbiory rzeczy dziwacznych i nietypowych, można potraktować jako dokument pasji poznawania świata. Oglądając kolekcje wypchanych zwierząt egzotycznych, muszli o niezwykłych kształtach, minerałów o wspaniałych właściwościach czy wielu rzeczy tak zdumiewających, że do dziś trudno pojąć ich różnorodność, możemy doszukiwać się czegoś więcej niż tylko chęci gromadzenia przedmiotów i ich eksponowania (na przykład w mniej znanym Muzeum Farmacji UJ).

 

Współczesne muzea krakowskie są dalekie od koncentrowania się na osobliwościach, jednak wciąż pozwalają swoim odbiorcom przeżywać różne zachwyty.

 

Między kosmosem Kopernika a kosmosem Hermaszewskiego

Pomijając mistrza Twardowskiego, który według legendy od dawna mieszka na księżycu (ponadto był prekursorem „Fausta” Goethego), mamy też w Krakowie o wiele poważniejsze dowody naszej obecności w kosmosie. Pamiątki z czasów Mikołaja Kopernika, który w Krakowie studiował, można oglądać w Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dla wszystkich, którzy chcą wzmocnić cnotę odwagi myślenia, instrumenty astronomiczne używane przez profesorów Akademii Krakowskiej, stanowią cenne, a często wzruszające dowody na sensowność uprawiania nauki niezależnie od tego, co sądzą inni. Przy okazji zwracają też uwagę kunsztem wykonania: to piękne narzędzia do pracy, przedmioty, których estetyka dorównuje praktyczności.

Zupełnie inne wymiary podboju wszechświata można poznawać w krakowskim Muzeum Lotnictwa Polskiego. Tutaj także wielka historia opowiadana jest poprzez obiekty o osobistym, często zaskakującym znaczeniu. Fanów retro zainteresują być może pamiątki po Mirosławie Hermaszewskim, jedynym polskim kosmonaucie, które w pewnym sensie oddają nasze (polskie) ambicje i nostalgie związane z podbojem kosmosu. Natomiast imponująca kolekcja samolotów ilustruje nie tylko rozwój przemysłu lotniczego i myśli technicznej. Można poszukać w niej także kontynuacji idei polskości, która – przy pomocy symbolicznych obrazów – była rozwijana w dziełach kolekcji Sukiennic. Samoloty z krakowskiego (dawniej austriackiego) lotniska zamienionego w muzeum także opowiadają o Polsce, o tym, jak chciała budować swoją potęgę, i o bohaterstwie ponad granicami. Czym ono dziś jest? Czym w ogóle może być?

Między obecnością a interpretacją

Prawdziwym bohaterem jest pewnie ten, kto w innych, także klientach czy sąsiadach, widzi przede wszystkim ludzi. Krakowskie muzea zawierają i takie heroiczne historie, w tym tę utrwaloną i udostępnioną w Aptece Pod Orłem. W jej budynku przy placu Bohaterów Getta zwiedzający sami muszą znaleźć informacje, które wydadzą im się ważne i przydatne dla zrozumienia opowieści tego miejsca związanego z postacią Tadeusza Pankiewicza (farmaceuty) i jego zespołem. W księdze gości ktoś napisał „Tadeusz, dziękuję za to, że byłeś człowiekiem!”. To opowieść o getcie, ale także o życiu przed Zagładą, o żydowskim Krakowie, o PRL-owskiej ciszy po Holokauście, o wyzwaniach mądrego upamiętnienia.

W jednej ze ścian eksponowany jest zwój Tory, który ukrywano w Aptece Pod Orłem w obawie przed zniszczeniem. Dziś zwój ten czasem pozostaje odsłonięty, kiedy indziej jest ukryty pod niewidoczną kurtyną. Ta pulsująca obecność/nieobecność eksponatu jest bardzo szczególnym znakiem pamięci, wymownym co najmniej tak bardzo jak głos w telefonie opowiadający o wstrząsających przeżyciach. Ale najpierw trzeba zadzwonić – samemu wykręcając numer do świadków historii, których głos czeka, aby go usłyszeć.

Dobre historie

W wielu krakowskich muzeach zwiedzający odgrywają zasadniczą rolę, łącząc udostępnione fragmenty w swoją osobistą, niepowtarzalną całość, zależną od oczekiwań, własnych poglądów i potrzeb. Interpretacja powoli zastępuje dominujący niegdyś w muzeach model jednokierunkowego przekazywania informacji, przy okazji dobrze uzupełniając coraz częstszą narracyjność. W końcu kto nie kocha dobrych historii? My w Krakowie naprawdę mamy ich pod dostatkiem, a muzea robią coraz więcej, aby ich opowieści były dla nas istotne.

W krakowskim Muzeum Etnograficznym, które lubi reklamować się jako „Moje muzeum. Muzeum o mnie”, na jednym z pięter ekspozycji stałej w budynku kazimierskiego Ratusza, prezentowana jest niezwykła kolekcja sztuki „nieprofesjonalnej”, nazywanej też prymitywną albo brutalną.

Powiedzieć, że każde dzieło na wystawie jest odrębnym światem, a co najmniej wielce poruszającą historią, to nie powiedzieć nic. Muzeum oddaje zwiedzającym wolność swobodnego odbioru i interpretacji tych dzieł, proponuje jednak także podążenie osobliwym i bardzo subiektywnym szlakiem, na który składają się cytaty z dzieł Czesława Miłosza. Tytuł wystawy nawiązujący do jego książki „Nieobjęta ziemia” jest nie tylko biblijnym odwołaniem. Tutaj „obejmowanie” świata odbywa się według innych reguł niż naukowa klasyfikacja, ale z pewnością nie traci na ważności: tym, co wyróżnia tę konkretną wystawę pośród innych, jest bogactwo obrazów i znaczeń, które rodzą się pomiędzy: nimi samymi, nimi a tekstami, nimi i publicznością. A więc, szukajmy POMIĘDZY.

Między miłością a śmiercią

Pośród naszych ulubionych, acz pilnie strzeżonych, skarbów mamy w Krakowie Rembrandta. Jego „Pejzaż z miłosiernym Samarytaninem” jest zdumiewającą wypowiedzią na temat jednej z najsłynniejszych biblijnych opowieści. Rembrandt opowiada o wielowymiarowości tego wydarzenia. Pierwszoplanowymi aktorami w tym przedstawieniu nie są jednak wcale Samarytanin i ranny wędrowiec, a dramatyczna przyroda i różni przypadkowi świadkowie. Holenderski mistrz portretuje sytuację, w której istotna jest scenografia, ale najciekawsze są reakcje tych, którzy w opowieści nie biorą bezpośredniego udziału.

Mieszkańcy Krakowa również wielokrotnie byli świadkami (i statystami) w spektaklach tak zwanej wielkiej historii. Nie zmienia to jednak faktu, że ich własne życia dziś są dla nas co najmniej równie istotne, co oficjalne porozumienia spisywane poza ich wzrokiem. Gwaru Rynku, uważanego od dawna za centrum świata, można posłuchać w podziemnej ekspozycji Muzeum Krakowa. Tam również prześledzimy losy codziennych przedmiotów, których rola była kiedyś co najmniej tak ważna jak dziś, gdy odwołują się do przeszłości, reprezentując jakiś jej fragment.

Krakowskie muzea udostępniają wiele obiektów, których wartość opiera się przede wszystkim na ich różnorodnym odbiorze – stały się tak znaczące, że mówimy o nich jako o ważnych tekstach kultury.

Eksponatów o niezwykłym pochodzeniu i nieoczywistym znaczeniu znajdziemy bardzo wiele w krakowskim Muzeum Archeologicznym. Wystarczy zadać pozornie niewinne pytanie o to, jak się tam znalazły egipskie mumie. Jednak pośród wielu przedmiotów, które czerpią swoją sławę z nieoczywistego znaczenia, to wyłowiony ze Zbruczu Światowid (figura pogańskiego bóstwa Świętowita) stał się symbolem muzeum. Replika posągu stoi zresztą niedaleko, obok Wawelu, sięgając swoim wzrokiem we wszystkie strony świata i nieustannie przypominając o słowiańskiej przeszłości Polski.
Wśród zbiorów krakowskich muzeów znajdują się obrazy (i przedmioty), które ujawniają różne spojrzenia na tę samą opowieść. Kochamy dobre historie, tym bardziej jeśli opowiadacze odkrywają ich różne strony, drugie dna i niespodziewanych świadków.

Długo i szczęśliwie

Spośród miast, które lubią o sobie opowiadać, Kraków zwraca uwagę nie tylko poprzez zestaw kanonicznych legend. Baśnie: o smoku pod wawelskim wzgórzem, o dumnej dziewicy czy o czarnoksiężniku, który zawarł pakt z diabłem, dobrze oddają lokalną specyfikę miasta, jednak są to mity znane i powtarzane – w różnych wersjach – na całym świecie. Opowieści, które w Krakowie brzmią naprawdę dobrze, to te, które łączą ze sobą ważne wydarzenia kształtujące oficjalne wizerunki przeszłości z dziedzictwem codziennym. Wzajemne przenikanie się publicznego z prywatnym, świętego ze świeckim, tragedii z żartem sprawia, że taka historia „podszyta zwykłym człowiekiem” fascynuje kolejne pokolenia.

Muzea pomagają nam traktować przeszłość jako źródło inspiracji. Nie chodzi o eksponaty, które przechowują i udostępniają. Chodzi o znaczenia, które z rzeczy wynikają. Chodzi o relacje, które za pośrednictwem tych znaczących rzeczy możemy nawiązać z innymi i z miastem.

Również dlatego warto widzieć w Krakowie miasto muzeów. Owszem, mamy prawdopodobnie najważniejszą kolekcję obrazów, które pozwalały tworzyć naród jako wspólnotę wyobrażaną w oparciu o czytelne dla wszystkich symbole. Mamy słynne zabytki przekształcone w muzea, gdzie „każdy kamień jest Polską”, a każdy przedmiot opowiada historię. Mamy też wiele kuriozów i osobliwości, których oglądanie zachwyci nie tylko ekscentryków czy dzieci. Krakowskie muzea przechowują dowody prawdziwej pasji zarówno w akcie odkrywania świata, jak i opowiadania o nim. Dziś, kiedy otwarcie mówi się, że muzea nie są tylko instytucjami konserwującymi ślady przeszłości, ale przede wszystkim zachęcają do rozmowy o niej poprzez budowanie sytuacji interpretacyjnych, muzealne opowieści zyskują jeszcze bardziej na sile. Co więcej, często zachęcają do włączenia się w opowieść i dają w ten sposób nadzieję, że choć „wszystko już było”, inne „wszystko” jest wciąż do odkrycia.

Łucja Piekarska

Badaczka współczesnych ruchów kulturowych, zajmuje się antropologią społeczną i zagadnieniami dziedzictwa europejskiego. Jest doktorem socjologii i adiunktem w Instytucie Studiów Europejskich Uniwersytetu Jagiellońskiego, współpracuje z muzeami i instytucjami kultury.

Powrót do początku artykułu

Zapisz się do newslettera Co zyskujesz?

Ta witryna używa plików cookies, by korzystanie z niej przebiegało bez problemów. Pozostając na niej wyrażasz zgodę na zapisywanie ciasteczek na Twoim urządzeniu. Możesz cofnąć zgodę zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Dowiedz się więcej o naszej Polityce cookies.